![]()
A to się można dzisiaj naczytać! Wystarczy przelecieć wzrokiem po tytułach w S24: „Szok i przerażenie”, „Koniec Polski jaką znamy”, „Bądźmy jak Żołnierze Niezłomni!”, aby zrozumieć, jak dalece my wszyscy pogrążamy się w hiperrzeczywistości. Pomieszanie twardych społecznych faktów z medialnym spektaklem zdaje się nie mieć granic. A przecież ten ekranowy obraz świata jest z gruntu fałszywy.
Wyborów w Polsce nie było. Było jedynie głosowanie wynikające z wymogów prawnych, zupełnie oderwanych od rzeczywistości gospodarczej, politycznej i nastrojów społecznych. W świetle Konstytucji RP kadencja Sejmu i Senatu trwa cztery lata. Wobec tego na jesieni 2011 roku należało przeprowadzić głosowanie i wyłonić nowy skład obu izb parlamentu. Dokonało się. Był to triumf sztuczności demokratycznych procedur. Prawnicza fata morgana.
I tylko tyle. To głosowanie mogłoby się całkiem śmiało nie odbyć, a polityczny efekt byłby z grubsza biorąc taki sam. Czyli żaden. Zdaniem wielu postronnych obserwatorów odnowienie kadencji Tuska&Pawlaka, okrzyknięte ewenementem na skalę dwudziestolecia, jest dowodem na to, że system polityczny w Polsce się stabilizuje, i że ten kraj trwale wkroczył na drogę umiarkowanej, „proeuropejskiej” polityki. Ale to też, tak samo jak całe te nie-wybory, jest tylko pewien medialny konstrukt, miraż nieodzwierciedlający rzeczywistości, iluzja tracąca świadomość własnej iluzoryczności.
To, z czym naprawdę mieliśmy do czynienia w niedzielę, przypomina bardziej przejazd przez bramkę na autostradzie - za którą nadal ciągnie się ta sama autostrada. To nie był moment podjęcia politycznej decyzji. Ta decyzja została podjęta już 4 lata temu i przez ten czas nie wydarzyło się nic, co mogłoby ją zakwestionować i unieważnić. Z grubsza wszyscy o tym wiedzeliśmy. Dlatego nadzieje "ludu pisowskiego" na zwycięstwo były niepoważne, a wylewane dziś żale są niewczesne.
Dla zdecydowanej większości społeczeństwa czas wyborów po prostu jeszcze nie nadszedł. Ale kiedyś nadejść musi, to oczywiste. Aby to stwierdzić, nie trzeba mieć tajemnej wiedzy, jaką mają premier Tusk i minister Rostowski.
Inna sprawa, że dokonane wówczas przez naród rozróżnienie wroga od sojusznika może być zupełnie nie po myśli zarówno PO, jak i PiS-u.

Tu ciągle o coś chodzi.

